Pomysł zrodził się w zeszłym roku by polecieć sobie rekreacyjnie wzdłuż królowej polskich rzek Wisły od źródła po ujście albo w odwrotnym kierunku w zależności od pogody. Przy okazji chciałem porobić jakieś zdjęcia, nagrać trochę materiału. Pochwaliłem się tym pomysłem kilku innymi pilotom i okazało się, że wszyscy napalili się na ten przelot jak szczerbaty na suchary. Zanim jednak zorganizowaliśmy tą wyprawę zrobiliśmy sobie próbny lot jeszcze w zeszłym roku z Warszawy nad Śniardwy (3 listopada).

Tegoroczny kalendarz zawodów nie dawał nam szans by lecieć sobie tydzień po Polsce i podziwiać widoczki, dlatego ustaliliśmy, że lecimy najszybciej jak tylko się da najlepiej max 3 dni. Do przelotu przymierzaliśmy się kilka razy, bo cały czas pogoda nie rozpieszczała. W końcu pojawił się tydzień idealnej pogody, ale wtedy okazało się, że nie wszyscy piloci, którzy zadeklarowali udział w tej eskapadzie mogą lecieć. Kolejny raz przełożyliśmy plany o tydzień. Pamiętam, że w piątek wychodząc z pracy rzuciłem okiem na prognozy i początek tygodnia nie napawał optymistycznie, ale już w sobotę warunki znacznie się poprawiły, pognałem do firmy napisać wniosek urlopowy, ogłosiliśmy „red alert”, że pakujemy się w poniedziałek rano i pędzimy do Wisły.

I tak też zrobiliśmy, zapakowaliśmy 2 busy z przyczepami po dach sprzętem, nawet udało się zabrać zapasowy wózek, 6 pilotów oraz 2 supporterów (kierowców).

W poniedziałkowe popołudnie zameldowaliśmy się w Wiśle, grupowa fotka pod skocznią Adasia Małysza i poszukiwanie startowiska. Wiatr ok 4 m/s, ale w idealnym kierunku dopychałby nas w kierunku Krakowa. Docieramy na startowisko, rozkładam się, w oddali stoi chmura z obfitymi opadami. Patrzę sobie na nią, w myśli mam słowa babci „pójdzie bokiem”, więc szykuję się do startu. Rozkładam Snake XX na startowisku, do alpejki bo mocno wieje, zakładam napęd podpinam się, rozgrzewam silnik, zerkam na rękaw, – co jest ?? Przecież przed chwilą była dobra 4-ka a teraz może z 0,5 m/s. Startuję, więc klasykiem, ale muszę przenieść się trochę dalej, bo miejsca za mało do startu. Odrywam się od ziemi jako pierwszy, zerkam na tą chmurę i już wiem, że lekko nie będzie, trzeba będzie uciec na bok kilka km i chwilę odczekać, bo nie da się polecieć już przed deszczem. Startują inni, czekamy w powietrzu dobre 30 min zanim udaje się wlecieć nad Wisłę.

Gdy tylko przestaje padać deszcz i grad, trymery na full odpuszczone + pełen speed, lecimy. Zero turbulencji, wiaterek w plecy, pod nogami ubywają kilometry. Doganiam pozostałych pilotów, cały czas prawie aparat w ręce i cykam zdjęcia.

Przelatujemy pomiędzy strefami w Oświęcimiu i lecimy dalej w kierunku Krakowa. Gdy zaczyna się ściemniać szukamy lądowiska, na szczęście udało się nam w końcowej fazie lotu lecieć wspólnie, dlatego samochody nie musiały nas szukać po okolicy każdego oddzielnie. Obniżam lot by znaleźć jakąś łąkę, na której można bezpiecznie wylądować, niestety nie udaje się nic znaleźć, widzę jak Krzysiek ląduje na drodze asfaltowej na obrzeżach jakiejś wsi, nie zastanawiam się długo, zakręt i również ląduję na tej samej drodze, po mnie jeszcze 2 wózki, Paweł na nogach siada obok na jakimś polu. Czekamy na przyjazd samochodów. Zanim się spakowaliśmy szukamy na szybko noclegu. Udaje się coś znaleźć w pobliskiej Wieliczce, po drodze kolacja, więc ok północy lądujemy w łóżkach. Pobudka 4 rano. Ustaliliśmy, że startujemy z Grabi, bo jest blisko Wisły i na pewno nie napotkamy trawy po pas, trajki wystartują bezpiecznie a poza tym z Wieliczki do Grabi jest w miarę blisko.

Tankuję się pod korek, ale tym razem zakładam Hadrona XX, bo jest nieco szybszy od SnakeXX i nie potrzebuje tylu obrotów do lotu poziomego, co „Wonsz”. Startuję, jako pierwszy, robię kółko wokół startowiska i odlatuję w kierunku wschodnim nad rzekę. Kolejny raz wiatr w plecy, odpuszczam trymery, GPS pokazuje 92 km/h, dokładam do tego speeda i na „budziku” wyświetla się 114-116 km/h. Tak to można sobie lecieć, przy okazji wschodzące słońce i budzący się dzień dawało taki klimat, że leciało się bardzo przyjemnie.

Po około 2,5 godzinach lotu zameldowałem się nad Janowcem, wylądowałem za potrzebą, chłopaków jeszcze nie było widać, więc postanowiłem wystartować ponownie i polecieć dalej do Kazimierza i popełnić trochę zdjęć. Zauważyłem na horyzoncie 2 skrzydła Darka i Krzyśka, wróciłem do Janowca by również zrobić parę zdjęć i spotkać się z chłopakami.

Częściowo spakowani udaliśmy się do Janowca na śniadanie i obiad, Darek podjechał pod knajpę trajką na silniku. Wieczorem docieramy do Warszawy, Darek zamienia skrzydło by zabrać ze sobą Łukasza z aparatem, gdy będziemy przelatywać nad Warszawą.

Startujemy i ustawiamy się w szyk, warunki diametralnie się pogarszają, zaczyna kropić deszcz a wiatr w porywach do ok 10 m/s. Na początku zastanawiałem się czy nie zawrócić i polecieć do Wilanowa, ale koniec końców udaje się przelecieć stolicę i wylądować bezpiecznie. Deszcz zaczyna padać coraz bardziej a my czekamy aż dojadą samochody, Warszawskie korki i deszcz zatrzymały naszych supporterów na około 1,5 godziny. Na całe szczęście przyjechał do nas Marcin i udało nam się schować skrzydła do jego samochodu, napędy jednak trochę zmoczył nam deszcz. I znowu szybkie poszukiwanie noclegu w okolicach Modlina oraz kolacja w biegu.

Kolejny raz kładziemy się spać ok północy ale postanawiamy pospać do 4:30, by się trochę zregenerować. Wychodzimy punktualnie i zaczynamy szukać jakiegoś startowiska w okolicy. W pobliżu wału przeciwpowodziowego udaje się odnaleźć kawałek ugoru, z którego bezpiecznie możemy wystartować. Paliwo pod korek, podpinam Hadrona XX i startuję, jako pierwszy, lecę sobie ze wschodzącym słońcem za plecami pod wiatr niestety, odpuszczenie trymerów na maxa skutkowało postępową 50 km/h, po wciśnięciu belki speeda prędkość wzrastała do 58 km/h dlatego postanowiłem, ze będę leciał bez speeda, wolniej ale dalej dolecę na mniejszych obrotach. Mijam Wyszogród i zaczynają się chmury na ok 100m, jest 5 rano nie będę przecież leciał poniżej 100m nad zabudową, wyskakuję nad chmury, na szczęście są poszarpane i widać ziemię pomiędzy obłokami, górą mocniej wieje, postanawiam obniżyć lot i tym samym dolatuję do Płocka, gdzie pogoda trochę się poprawia. Melduję na radiu chłopakom, że w Płocku jest lepiej, bo przebija się słońce i widoczność znacznie lepsza. Widzę jak rafineria produkuje sukcesywnie chmury, które utrudniają nam lot. Za Płockiem kolejna porcja gęstych chmur, ale pode mną nie ma zabudowy, więc lecę sobie poniżej podstawy i tak dolatuję do Włocławka. Widok rzeki, która dzień wcześniej miała kilka metrów szerokości a przed Włocławkiem prawie 2,5 km szerokości robi na mnie spore wrażenie. Chmury zaczynają się rozpadać za Włocławkiem, jest zdecydowanie cieplej, świeci słońce, piękne widoki a na horyzoncie widzę już Toruń. Ląduje sobie przy Wiśle na szybkie siku i przy okazji kontroluję stan paliwa. Do Bydgoszczy powinno wystarczyć. Wózki zabrały 2 zbiorniki ponad 33l paliwa, więc oni nie mają problemu z tankowaniem po trasie.

Zgłaszam Łukaszowi, naszemu kierowcy, że w okolicach CTR Bydgoszcz będę potrzebował paliwa, udostępniam przy okazji cały czas swoją pozycję, więc „bus” doskonale wie gdzie jestem i z jaką prędkością lecę. Gdy przelatuję nad Wisłą w Toruniu pozdrawiam swojego supportera, który przejeżdża jednym z mostów, mijam posiadłości Ojca Dyrektora i pędzę w okolice CTR Bydgoszcz. Dostaję powiadomienie od kierowcy „Jestem po prawej”, rzeczywiście droga biegnie równolegle do rzeki i widzę, jak Łukasz jedzie równo ze mną. Muszę ominąć CTR, więc wskazuję Łukaszowi miejscowość, w której będę lądował. Traf chciał, że tam gdzie postawiłem pinezkę jest świeżo ścięta łąka już bez trawy. Wykonuję lot po kwadracie z GPS nad ziemią by sprawdzić, z której strony wieje i ląduję pod wiatr. Łukasz już na mnie czeka z paliwem. Uzupełniam zbiornik i od razu startuję. Wpadam nad Wisłę i lecę w kierunku Grudziądza, tym razem już z wiatrem ponad 70 km/h. Na komunikatorze widzę, że paliwa potrzebuje również Darek, gdy jestem na Chełmnem. Łukasz pędzi do Darka a ja mijam Grudziądz i lecę dalej w kierunku Gdańska. Za plecami widzę wypiętrzające się CB-ki, ale przede mną pogoda idealna na przelot PG. Piękny szlak chmur, jest termicznie, ale Hadron XX nawet ani razu nie klapi. W końcu dostaję wiadomość, Krzysiek melduje, że doleciał do ujścia, wysyła foto i informuje, że wylądował po prawej stronie obok promu. Dostaję pinezkę, sprawdzam trasę dla roweru – 35km czyli powinno wystarczyć paliwa. Kontroluję lusterkiem stan – mam ok 5 l. Wciskam speeda i na 350 m lecę z prędkością ok 90 km/h w kierunku ujścia. Udaje się dolecieć do końca trasy w środę przed godziną 12.

Kilka jeszcze loopów z radości ukończenia trasy Wisły i ląduję obok Krzyśka a następnie udajemy się promem na drugą stronę za zasłużone śniadanie.

Dołącza do nas reszta ekipy, stwierdzamy, że pogoda jest dobra, więc chcemy polecieć i zakończyć Projekt Wisła lądowaniem w Sopocie przy molo. Łukasz udaje się wcześniej by zaczekać na nas z dronem i sfilmować zakończenie projektu. „Schodami” dolatujemy w okolice GrandHotel, wykonujemy kilka okrążeń nad molo, ja robię małe solo i wszyscy razem lądujemy na plaży.

Kolacja nad wybrzeżem i rozpoczynamy drogę powrotną. Około 1 w nocy meldujemy się w Warszawie.

To była niesamowita przygoda, są już plany kolejnych wypraw. Zrobiliśmy ten przelot w niecałe 48 godzin, ale tu się nie liczy czas tylko możliwość przelecenia tej trasy. Wisła jest piękna. Polecam każdemu, aby mógł zobaczyć tą kilkumetrową rzeczkę i okolice Włocławka – robi to naprawdę ogromne wrażenie. No i możliwość przelotu przez Warszawę, od dawna marzył mi się ten przelot – szkoda tylko, że warunki były takie trudne.

Członkowie ekspedycji:

– Piotr Zochniak (k)
– Łukasz Grzybowski (k)

– Paweł Ścieranka (PF1)
– Andrzej Kalestyński (PL1)
– Dariusz Brzostowicz (PL1)
– Mariusz Stępień (PL1)
– Krzysztof Romicki (PL1)
– Paweł Kozarzewski (PF1)

~Paweł Lojak Kozarzewski

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com